| |
|
|
|
|
Wydawnictwo „Nofis”
przedstawia książkę Lecha Chodackiego
|
|
 |
|
Już
kiedyś lansowałem Masłowską. Nic z tego nie wyszło. Teraz pora na
Chodackiego.
|
| Marcin
Świetlicki |
 |
Jacek
wraca do Krakowa lat dziewięćdziesiątych za sprawą kasety Maxell
na- granej w czasach, kiedy imprezy utrwalało się na magnetofonie
Kapral.
Dowia- duje się,
co cennego tam zostawił, o czym zioło kazało mu wtedy zapomnieć.
Magda
poznała Adama w Pieninach. Ona kochała go do szaleństwa, a on wario-
wał
z miłości. Od pierwszego wejrzenia do pierwszego rozstania upłynęło
tylko kilka dni. Potem szukali się
długo, bo wtedy nie było jeszcze
komórek, a nie- szczęśliwe zbiegi okoliczności zawsze
zdarzały
się częściej niż samobójstwa. Pomógł im baca znad
Dunajca. I pomógł niekształcony znachor. Przeszkadzały głosy
z zaświatów, które Adam słyszał tak wyraźnie, jak
audycje w radiu. Tutaj nie dowiesz się, czy się odnaleźli. Streszczenie
książki to jest samookaleczenie. Ta zajawka wspomni jedynie, że
opowieść o Magdzie i Adamie — historia tak bar- dzo o
miłości, że aż strach — znajdzie wielki finał na
zaporze w Czorsztynie.
Jacek i Magda spotkają się po
latach,
przypadkiem w Krakowie. Dlaczego? Po co?
Co ich
łączy? Będzie trójkąt? „Bujda” jest
także o
tym. |
|
 |
|
|
|
 |
|
 |
|
 |
|
| |
|
|
|
- kaseta 
|
|
- Babilon 
|
|
- sny Magdy 
|
|
- brzuszek 
|
|
-
orbitowanie 
|
|
- Jaś 
|
|
|
- majonez
|
|
- Adaś 
|
|
|
- salaterka
|
|
- śmiech
|
|
|
| |
 |
|
|
Maciej
Malicki:
Gonitwa, narodziny,
przyjaźń, miłość, praca, choroba, włóczęga, śmierć. Słowa.
Kolejność dowolna. Bujda. Życie.
Janusz Toczek:
„Bujda” – debiutancka powieść
Lecha Chodackiego
z pewnością zaskoczy czytelnika niejednym i niechybnie zdolna jest
zaspokoić nawet bardzo wybredne gusty. Tajemnicza kaseta magnetofonowa,
którą otrzymuje bohater od córki swego
przyjaciela z
czasów studenckich, staje się dla niego nie tylko biletem na
podróż do świata
bezpowrotnie minionej, bynajmniej nie bezgrzesznej młodości,
przypadającej na trudne lata dziewięćdziesiąte ubiegłego wieku, lecz i
kluczem otwierającym bramy do zupełnie innego wymiaru.
„Bujdolenie” – jak określa to sam Jacek
– czyli
„zmyślanie miłosnych historii z dreszczykiem”, jest
nie
tylko jego niewinną pasją. Na pozór banalna, jak z filmowego
melodramatu wyjęta, jego opowieść o miłości dwojga ludzi zmierza do
zaskakującego rozwiązania, przeistaczając się na oczach czytelnika w
przejmujące studium komplikujących się z dnia na dzień coraz bardziej
relacji między praktyczną i po kobiecemu broniącą swego małego
szczęścia Magdą a pogrążającym się w swych mrocznych obsesjach Sevenem.
Jackowa historia, owo „bujdolenie” rzeczywiście
przypomina
scenariusz filmowy (także pod względem literackim), ale, jak
mówi jeden z jego bohaterów: „jeśli
chętnie
wierzymy w różne ćmoje – boje w kinie, to dlaczego
nie
mielibyśmy sobie odmówić tego w życiu?”. Istotnie,
jeżeli
nasze życie, zda się sugerować L. Chodacki, także wtłoczone jest w ramy
rutynowego schematu, to pamiętać musimy, że za każdym razem ktoś inny i
na sobie tylko właściwy sposób ów schemat
wypełnia. A
bywa i tak, jak w finale „Bujdy”, że i ten szablon
zaczyna
się chwiać w podstawach, a nawet wymykać spod kontroli: to, co wydawało
się bezsprzecznie i aż do bólu realne, musi ustąpić pola
temu,
co nie miało prawa się w rzeczywistości w ogóle wydarzyć.
W końcu nawet (a kto wie czy nie przede wszystkim) owa bujda -
lub
zmyślenie po prostu - także niesie w sobie jakąś głęboką
prawdę o
nas i
naszym świecie. Powieść
mądra i głęboka, jedna z tych, które nie porzucają swego
czytelnika tuż po zakończeniu jej lektury.
|
| |
 |
|
|
Czy to co się dzieje, się dzieje, czy mi się wydaje że się dzieje? (jak po "Pięknym umyśle"). W
pewnym momencie myślałem, że historia uczucia będzie tłem do jakiegoś
politycznego fiksum dyrdum, nie sądziłem jednak, że dojdzie do fiksum
dyrdum, jednak zupełnie niepolitycznego.
Andrzej
"Bujda" chodzi ze mną wszędzie (tam też!).
Ewe
Wpadam w obłęd  Chyba przeczytam jeszcze raz.
Renata
To nie jest do końca powieść realistyczna. To jedna z wielu jej zalet.
Bujdożer
Wielka przyjemność dla mnie osobista "powrotu do przeszłosci i miejsc".
Magda
|
|
|
|
| |
 |
|
|
Początek
Niektórzy
wierzą, że przez wypalenie skręta da się sprowokować cuda.
Nie wystarcza im stwierdzenie, że trawka wyostrza dowcip. Taka
teza brzmi ubogo, nie oddaje bogactwa doznań. Euforia zwana głupawą,
której towarzyszy niezwykła kreatywność i która
otwiera
pokłady rozbuchanej wyobraźni, o jakie nigdy byśmy się nie posądzali,
ma jedną istotną wadę. Jest równie ulotna, jak intensywna.
Trawka nie jest kochanką pamięci. Pozostawia blade wspomnienie kilku
oderwanych zdań. Co gorsza zazwyczaj nie wiadomo, co było w nich tak
nieprawdopodobnie śmiesznego albo głębokiego. Wśród
amatorów skręta znaleźli się niezadowoleni tym stanem
rzeczy.
Niezadowoleni nagrywali swoje imprezy na magnetofon, żeby ocalić od
zapomnienia, co im trawka na język przynosiła.
Wśród niezadowolonych był
Jacek. W jego
przypadku rejestrowanie upalonych rozmów i
monologów było
częścią ambitniejszych zamiarów. Jacek chciał roz- niecać
emocje
i wyobraźnie. Bohaterowie znanych historii mówią "zawsze
chciałem być gangsterem" albo "zawsze o tym marzyłam", albo "kiedy
miałem cztery lata, chciałem być śmieciarzem, bo śmieciara była taka
piękna". Jacek, odkąd pamiętał, chciał snuć takie opowieści. Chciał
tworzyć, żeby o sobie za- świadczyć. Przed laty realizował ten plan,
pisząc dużo, przy byle okazji, i nie dbając o stan świadomości, w jakim
akurat się znajdował. Utrwalał wszystko, co się dało, i
stosował
wszelkie dostępne środki z magnetofonem włącznie.
Od dawna już tego nie robił. Nie nagrywał, bo nie
było
czego. Od lat nie przypalił ani pół lufy. Dokładnie od
dziesięciu. Przeczucie nie podpowiedziało mu, co jest
na kasecie,
która wróciła do niego po dziesięciu latach. Był
piątkowy
wieczór, kończył kolację, kiedy ktoś zadzwonił do drzwi.
Spoko
Nakarmiła
Jasia i zjadła drugie śniadanie. Seven wyszedł z łazienki
z prze-
krwionymi oczami, bardziej opłukany niż odświeżony.
– Pójdziesz do sklepu, czy
zostaniesz z Jasiem? – zapytała.
– Spoko – odpowiedział.
Na moment znieruchomiała. Usiadła na pufie i
zasłoniła twarz dłońmi.
– Czy ty się słyszysz? – spojrzała mu
prosto w oczy. Stał dwa kroki od niej. Wydawało się, że się chwieje.
Sama nie była pewna, kogo oszukują zmysły. Wstała, żeby nie patrzeć na
niego z dołu. – Czy ty się słyszysz? Co się dzieje? Spoko?!
Ty już nie wiesz, co to słowo znaczy! Spoko było w Wigilię. Od świąt
nie jest spoko. Jeśli nie mówisz mi, co się dzieje,
to oszczędź mi spoko. – Seven milczał zdezorientowany.
– Pytałam, czy pójdziesz do sklepu, czy... Zostań
z Jasiem.
Mroźne powietrze zachęcało do bodaj
krótkiego spaceru. Ochłonęła nieco i przy- rzekała sobie, że
cokolwiek się stanie, przynajmniej ona nie straci głowy. Kiedy
wróciła z zakupami, Seven siedział w kuchni przy kubku
chłodnej kawy, biegł oczami po pierwszej stronie gazety leżącej na
stole. Opierał dłoń na wózku. Jaś smacznie spał.
– Nie wiem od czego zacząć –
zaczął.
Wiersz
- Nie
śpieszę się, bo Jaś już śpi – odparła. – Przez to
spotkanie dzisiaj i tak bym nie zdążyła. Babcia się nim zajęła. Dzień
jak co dzień. I co z Normanem, a właściwie z
Krótkim? Nie wiem,
na czym stanęło.
Na tym, że Jacek zyskał dzięki córce
Krótkiego dwa archiwalia, dwa świadectwa, dwie skamieliny,
które trąciły bardziej pleśnią niż czasu kurzem. Kaseta
została
nagrana w ostatnią noc u Krótkiego. Ale Jacek wątpił, czy
posłucha jej jeszcze kiedykolwiek. Dowiedział się z niej o flaszce po
jabolu zagrzebanej na zatęchłym podwórku i łudził
się, że
zawartość tej flaszki może być cenna.
– Odkopałeś ją?
– Tak.
– Masz ten wiersz? Naprawdę tam leżał
przez dziesięć lat?
– Tak.
– Pokaż – Magda poprosiła
tonem kapryśnego dziecka. – Daj przeczytać.
– Nie.
– No pokaż.
– Nie. – Miał ochotę po chamsku zapytać,
co ona mu
pokaże, i zaczynał ża- łować, że opowiedział o nieszczęsnym pijackim
wierszu.
– Ja bym ci pokazała. No ale nie mam! W
życiu nic nie napisałam.
– Nie wierzę.
– Słusznie! – roześmiała się.
– Chodźmy. Przejdziemy się kawałeczek, co?
|
| |
|
 |
| |
|