Na koncercie Cry Of Terror bawiło się ze dwieście ludzi. Dom Kultury postawił warunek, że melomanów nie może być więcej. Sala kukiełkowa nie jest z gumy. Na zaproszeniu było napisane jak byk: “ważne tylko z biletem!!!”. Najprawdopodobniej bilety były do kupienia w kasie ZDK-u - w ten sposób nie tylko Git-Core pilnował limitu. Nie pamiętam, czy wszyscy chętni weszli, ale obawiam się, że nie. Kolesiowi, o którym Fakir wspomniał tutaj, puściły nerwy. Rozwalił szybę w głównych drzwiach, po czym chyba dostał tubę, a na pewno odjechał kabaryną.
Nie wiem, ile kosztowały bilety. Na pewno grube tysiące. Próbowałem to ustalić. Zapytałem Picka, tłumacząc, że - wstyd powiedzieć - na koncerty wchodziłem na krzywy ryj. Picek odparł: “Żaden wstyd. Zasada była prosta: płacą ci, których nie znamy”. I dodał, że bilety na So Much Hate były chyba (znów nie był pewien) po 70000. Słownie to napiszę: siedemdziesiąt tysięcy.
Trashowe (będę się upierał) dźwięki w Oświęcimiu mile mnie zaskoczyły, więc było zajebiście. (Czy wtedy to słowo już było? Czy w 1990 roku dawaliśmy radę bez przymiotnika “zajebisty”?) Nie zamierzam ciągnąć akademickiego sporu o terminologię - thrash czy HC/Punk. Ciekawsze jest to, że niezależne koncerty gromadziły fanów bardzo różnej muzyki. Jeśli zdarzały się spory, to rodzinne. Wspólny mianownik był jeden - poza mainstreamem, poza oficjalnym obiegiem. Zjeżdżały głównie punkowe załogi, ale mało kto mówił wtedy, że słucha punka. Punk kojarzył się już wtedy z przebierańcem, który stawia włosy na cukrze, a po przedstawieniu słucha Lady Pank. Natomiast hard-core to brzmi dumnie. Solidnie i wiarygodnie. Mniej licznie stawiali się (stawiały się?) metale. Tyle że metal to był facet w rajtuzach, znający się na makijażu i lakierze do włosów. Więc trash szczęśliwie odróżniał prawdziwych mężczyzn od pudli. Pojawiali się też posiadacze długich włosów i flanelowych koszul, którzy jeszcze w latach osiemdziesiątych byli hippie, ale już za parę lat miało się okazać, że są grunge. Na Cry Of Terror w sali kukiełkowej w ZDK-u, a później wiele razy w sali przy Solskiego bawili się ludzie, którzy słuchali punka, hard core’a, thrashu, hard rocka, reggae i mnóstwa innych rzeczy. I dziwnych brytyjskich jazgotów, które nie wiem jak nazwać, bo nigdy nie lubiłem Jesus And Mary Chain. Jak nazwać?
Pierwszy koncert Git-Core’a był ostatnim w ZDK-u. Podobno nawet nie chodziło o rozbitą szybę w drzwiach. Ktoś skarżył się na stado młodych ludzi, biegających wokół Domu Kultury z gołymi dupami na wierzchu. (Może pawiany?..) Ktoś inny widział UFO, ale równie dobrze to mogło być SS-20. Generalnie - hałas i zgorszenie.
(Ktoś, kto zaobserwował wszystkie te zjawiska na pewno nie znał “Non-Stopu” - trafiłem tylko na resztki kolorowego. W czarno-białym jeszcze, w jakiejś recenzji pojawiło się takie mniej więcej zdanko: Lepiej żeby grali, niżby mieli jabcoki w bramie trąbić.)
I wtedy ktoś z Git-Core’owców przypomniał sobie o sali Środowiskowego Centrum Kultury, w mieście, obok Urzędu Stanu Cywilnego przy ulicy Solskiego. A może ten anonimowy Git-Core’owiec nie przypomniał sobie o niej, tylko ją znalazł? Nie wiem. I nie wiem, kto to. Ale zasługuje na pokojowego Nobla. A przynajmniej na Bursztynowego Słowika.