GIT-CORE’owy Woodstock

Koncert pięciu kapel nie mógł trwać pięć minut. Zanim się skończył, wybiła północ. Przyjezdne ekipy popędziły na ostatnie pociągi w kierunku Katowic i Chrzanowa. Tubylcy też się wykruszyli. So Much Hate dali wycisk i adrenalina już opadała. Kiedy grał Sabot, zaczynał się poniedziałek. W sali przy Solskiego z pięciuset zostało dwadzieścia parę osób. Sytuacja prawie jak na Woodstocku w 69-tym.

Wtedy też się wszystko przeciągało. W niedzielę było pół miliona ludzi, a kiedy w poniedziałek nad ranem na scenę wyszedł Hendrix, słuchało go już tylko kilkadziesiąt tysięcy. Podobno menedżer The Who bardzo był z siebie zadowolony, że ustąpił, i że przystał na to, żeby jego klienci nie grali jako ostatni. Ogromnie mnie cieszy ta analogia między Woodstockiem a Solskiego. Trzyma proporcje, jeśli chodzi o liczbę uczestników! Dni tygodnia też się zgadzają. Ale przede wszystkim obie te te imprezy to legendy. So Much Hate i Sabot to prawdopodobnie najlepsza sztuka, jaka udała się Git-Core’owi. To na pewno najczęściej wspominany koncert w Oświęcimiu - i zawsze jako jeden z najlepszych. Wraca we wspomnieniach siwiejących albo łysiejących, albo jedno i drugie, starych dziadów. A ci w wieku chrystusowym mogą tylko ponarzekać, że w 1990-tym byli za mali, mieli dopiero pechowe trzynaście lat. Co robią jeszcze młodsi, nie wiem. Łyso mi.
W przeciwieństwie do Woodstock w Oświęcimiu nie było kłótni o kasę, honoraria i splendor dla gwiazdy wieczoru. W gronie organizatorów pojawiła się tylko drobna różnica zdań w trosce o dobro słuchaczy. Picek żałuje do dzisiaj: “Mówiłem, kurwa, żeby Sabot nie grał na końcu, to by więcej ludzi zostało”. A może to i lepiej, że tak się ułożyło? Amerykański duet dał kameralny występ dla garstki. Progresywny, trochę jazzawy rock na bas i perkusję. Wtedy mówiło się: czad, jazda, moc albo wypierd. (Jak jeszcze? Wydaje mi się, że “wykurw” pojawił się poźniej.) Sabot gra do dziś. Jeśli akurat nie jeżdżą po świecie, mieszkają w Czechach.
Trafiłem też takie wideo:

So Much Hate live in Karlsruhe 1991

Obrazek wygląda znajomo. Wystarczy troszkę wyobraźni, żeby przed sceną zobaczyć znajome gęby. Tyle że na Solskiego ścisk był większy. Gdyby w Karlsruhe ktoś spróbował skoczyć w tłum ze sceny, ani chybi walnąłby w glebę. Nie to co w Oświęcimiu - Git-Core’owcy dbali o bezpieczeństwo.

One Response to “GIT-CORE’owy Woodstock”

  1. Borejko says:

    Mam gdzieś trochę fot z SMH w Auschwitz, jak coś to wal na mail

Leave a Reply