W minioną niedzielę podczas rodzinnego obiadu u mamy (nie chcesz wiedzieć, co grozi za spóźnienie albo, Boże uchowaj, nieobecność na niedzielnym obiedzie u mojej mamy) pałaszowaliśmy tak, że przez chwilę było słychać tylko, jak się nam uszy trzęsą, więc zagadałem ten odgłos: ” Ale teraz nie będzie jak w 97-mym, co nie?”. Soła była już szeroko rozlana, ale wszyscy zgodziliśmy się, że będzie spokojniej.
Co najmniej od niedzieli nie widziałem nieba. Już się bałem, że go nie ma. Dziś w końcu się przetarło. Dziś wreszcie zaświeciło słońce nad Oświęcimiem.
W nocy z poniedziałku na wtorek wracaliśmy z Krakowa z Lisami, którzy mieszkają w Wyrach. Kilka kilometrów przed Oświęcimiem, między Libiążem a Chełmkiem, policjanci powiedzieli nam, że most na Wiśle zamknięty. Bartek raźnie zaoferował nocleg, Gosia przytaknęła, ale mimo to byłem strapiony, bo pozbawiony szczoteczki do zębów i świeżych skarpetek, że o innym wyposażeniu nie wspomnę. Lis, zdając sobie sprawę, że nazajutrz nie będzie łatwiej, wrócił na autostradę i dowiózł mnie przez Lędziny i Bieruń do domu. Dzięki Foxie! Macie piękny domek, ale moje mieszkanko lepsze.
Jeśli ktoś, tak jak ja, nie musiał w tym tygodniu wyjeżdżać z Oświęcimia, to cała uciążliwość powodzi sprowadziła się do zamknięcia starego mostu na kilka godzin w poniedziałkowe popołudnie. Wiem, że “uciążliwość” brzmi lekceważąco, jeśli się siedzi na dachu domu zalanego po strych. Ale Oświęcimiowi - więc i mnie - się upiekło. Upiekło się, mimo że woda dokoła. Właśnie: dokoła. Były dni, że jedyna przejezdna droga, to była trasa na południe, w kierunku Bielska. I każdy kto musiał dostać się do pracy, lekarza albo szkoły, ruszał na południe bez względu na to, w jakim kierunku naprawdę zmierzał.
Przedwczoraj, o ile dobrze pamiętam, Wisła podtopiła Muzeum, o czym donosiły media. Bliscy, którzy mieszkają daleko, dzwonili zaniepokojeni i pytali, co się dzieje. Odpowiadałem, że podlało, owszem, ale tereny muzealne w Brzezince; okolice, w które zapuszczają się chyba tylko zorganizowane grupy z Izraela i Niemiec podczas tak zwanego studyjnego zwiedzania. W późnym prl-u zapuszczali się tam tylko nastolatkowie żądni widoku z wieży triangulacyjnej (Malina, Bulik i ja! kochani, wybaczcie, że Wam przeszkadzałem…). Podobno łaziły tam też hieny, ale nigdy ich nie widziałem.
Wracając do powodzi w Muzeum: w Oświęcimiu, tam, gdzie był tzw. obóz macierzysty, powodzi nie było, nie ma i nie będzie. To jest zbyt cenne miejsce, dla zbyt wielu ludzi i zbyt wielu stosunków bilateralnych. Wydaje mi się, że gdyby wielka woda mu zagroziła, wysadzono by wały w innym miejscu ryzykując nawet zalanie wioski. Albo dwóch. Większość Oświęcimia jest wyżej (i dalej) od Soły niż obóz macierzysty. Więc oświęcimianie mogą mówić: prędzej zaleje Muzeum niż nas. Jednak jest jakiś pożytek z tego sąsiedztwa…
Ja bym tu jeszcze zamieścił zdanie wykrzyknikowe o treści “Niech żyją melioranci!” W domyśle: ci, którzy wykonali renowację wału między Sołą a muzeum. Nie patrząc na przyczyny i źródła finansowania, można śmiało rozpowiadać, że się spisali na medal. Autor jeden wie, że jest jeszcze inny powód aby o tym mówić …